Dobry kamień Dobry książę- czesc I
posted in * TWÓRCZOŚĆ - Bajki |Wysoko, bardzo wysoko w górach niemal na samym szczycie leżał spokojnie wielki kamień. Leżał wygodnie we wgłębieniu skalnym otoczony wygodnym mchem i drobnymi kamieniami. Spoglądał na jasne słońce, uśmiechał się do spokojnego wietrzyka i czułej chmurki. Chociaż chmurka była puszysta i miękka a on twardy i ciężki to jednak bardzo się polubili. Często po spotkaniu z chmurką nasz kamień rozczulał się i płakał strumieniami łez.
Mówi się często, że ktoś jest nieczuły jak kamień, ma serce jak kamień, ale te słowa wcale nie pasowały do naszego kamienia. On uczył się miłości od słoneczka, marzeń i fantazji od gwiazd, wrażliwy był na piękno, bo otaczał się kwiatkami i lubił słuchać głosu ptaków. I co najważniejsze kochał dzieci. Spoglądał często z wysokości i widział jak pasą owieczki, bawią się, śpiewają, biegają beztrosko po wzgórzach, ale żadne z nich nie spojrzało na niego, nie poklepało, nie usiadło na nim. Był samotny jak kamień, wysoko i daleko od dzieci. Prosił o pomoc słoneczko, potem wietrzyk, a na końcu chmurkę i ptaszka, ale cóż oni mogli poradzić na jego samotność.
Któregoś, mroźnego i zimowego dnia, jak zwykle zapłakana chmurka nalała wody do szczeliny skalnej, wietrzyk zaprosił mróz i nasz kamień poczuł, że przesunął się nieco ku brzegowi. Tak było przez kilka dni. Woda zamarzając pęczniała, powiększała się, przesuwając go na skraj przepaści. Bał się, ogromnie się bał, że spadnie w dół, rozbije się lub przygniecie bawiące się dzieci. Któregoś dnia, gdy chmurka nasypała ogromne ilości śniegu, nasz kamień zaciekawiony przesunął się na skraj i… potoczył się w dół.
Początkowo przestraszył się a potem radośnie sunął wzniecając zawieruchę śnieżną, ścigając się z wietrzykiem, który gwizdał z radości i uciechy. Zatrzymał się tuż przy ścieżce, zakołysał z zadowolenia i usadowił wygodnie. Rano dzieci znalazły wielki kamień. Poklepały go po opasłym brzuchu, otoczyły dookoła, chwyciły się za ręce i zaczęły tańczyć i śpiewać.
Nasz kamień rozpłakałby się ze szczęścia, ale nie było w pobliżu chmurki, więc błysnął tylko z zadowolenia i radości odbitym promieniem słońca.
Gdyby ktoś z was chciał zobaczyć najszczęśliwszy kamień na świecie, to wystarczyło spojrzeć na ten leżący przy ścieżce, zadowolony i rozradowany, otoczony gromadką wesołych dzieci. Skakały po nim, tuptały a zimową porą rzucały w niego gałkami. Wcale się nie gniewał, ani nie złościł, dudnił tylko głucho z zadowolenia.
Któregoś zimowego poranka do doliny Kościeliskiej przyjechał poważny pan. Miał długą siwą brodę, okulary na nosie i walizeczkę. Jechał powoli podziwiając piękne widoki. Jego wzrok spoczął na wielkim kamieniu leżącym przy drodze. Wysiadł z sań. Wyciągnął mały młotek i podszedł do kamienia. Uderzał rytmicznie nadsłuchując. Kamień znieruchomiał. Zastygł w bezruchu, czując dziwne niebezpieczeństwo. Nie bal się grzmotów, wilka i niedźwiedzia, ale teraz coś go niepokoiło. Uderzenia młotka wcale go nie bolały, lecz nadal odczuwał bolesny lęk.
Poważny pan, który był profesorem z Krakowa odjechał po chwili, zostawiając nasz kamień w wielkiej niepewności i smutku. Po kilku godzinach nadjechały wielkie sanie. Kilku silnych górali otoczyło kamień. Podkopali śnieg i sprawnie wtoczyli go na sanie. Parsknęły konie. Głośno strzelił bicz i nasz kamień powoli posuwał się wzdłuż doliny. Próbował się stoczyć do strumienia, przechylał na boki, ale to nic nie pomagało, nadal tkwi na złowrogich saniach i na zawsze opuszczał piękną Dolinę Kościeliską. Wiedział, że już nigdy nie zobaczy pięknych gór, które były jego matką, nie zobaczy skalnych kwiatów.
Sanie skręciły nieco w prawo, ujrzał gromadkę dzieci. Stały na jego dawnym miejscu i machały do niego rączkami. Chciał im powiedzieć, że ich kocha i będzie pamiętał o nich zawsze, ale nie mógł, był przecież milczącym kamieniem. Nadpłynęła chmurka, Wielkie krople ozdobiły nasz kamień, płaczący gorzkimi łzami, które jak górskie perły spadały na roztopiony śnieg. Widząc jego wielkie cierpienie, ptaszek ostatni raz zaśpiewał mu na pożegnanie pieśń miłości. Wielkie sanie skręciły w prawo i wolno sunęły w kierunku Zakopanego.
Kamień umarłby z rozpaczy, gdyby nie wierni przyjaciele, ptaszek i chmurka, którzy ciągle przy nim byli. Sanie podjechały przed wielki budynek. Jakiś sapiący smok buchający dymem gwizdał głośno. Przestraszył się ptaszek, uciekła chmurka, a jego wtoczono do ogromnego ciemnego pomieszczenia. Smok, który faktycznie był pociągiem, gwizdnął przeciągle, zaterkotały koła i pojazd ruszył w dal. Nie jestem w stanie opisać, co czuł nasz kamień jadąc w nieznanym kierunku, bez dzieci, chmurki, ptaszka i kwiatków.
Po kilku dniach otwarto drzwi. Kamień wtoczono na wielki wóz i wieziono wąskimi uliczkami pięknego miasta Krakowa. Ale dla naszego kamienia wszystko było straszne, smutne i brzydkie. Wóz zatrzymał się przed wielkim oszklonym budynkiem. Jakiś stwór z wielką długą szyją opasał go sprawnie liną i uniósł w górę. Nikt go się nie bał, ale nasz kamień kolejny raz umierał ze strachu. Po chwili potwór, który faktycznie był dźwigiem rozluźnił pęta i postawił nasz kamień na postumencie który umieszczony był w obszernym pomieszczeniu. Kilku ludzi podeszło do niego.
Patrzyli badawczym wzrokiem, rozmawiali przez chwilę z profesorem i … To było bardzo bolesne… Zaczęli bić z całych sił wielkimi młotami, potem ostrymi dłutami. Kamień dudnił, zgrzytał, bił w zapalczywych ludzi ostrymi odpryskami, ale oni wcale nie zwracali na to uwagi. Jakby nie mieli serca, miłości, współczucia. Bez litości długimi godzinami znęcał się nad najbardziej nieszczęśliwym kamieniem na świecie. Nocną porą wspominał miękkie rączki dzieci, ich delikatne bose stopy i miękkie kuperki, gdy siadały na nim.
- Dlaczego mnie tak bijecie, za co sprawiacie mi taką wielką krzywdę, dlaczego nie jesteście dla mnie mili jak dzieci, ptaszek i czuła chmurka?! – wołał biedny kamień głosem echa.
Po kilku tygodniach uderzenia stały się lekkie, delikatne, tarto go tylko jakimś gładkim kamieniem. Pękłby ze śmiechu z tego głaskania, ale on nie był zdolny do śmiechu i radości. Stał spokojnie na podwyższeniu, spoglądał dumnie i wyciągał ku wszystkim ludziom małą dłoń. Wyciągał nie dlatego jakby prosił o jałmużnę. On był księciem. Dobrym księciem, więc dawał ludziom miłość.
Był bardzo wdzięczny panu profesorowi, że wyrzeźbił go księciem a nie uczynił z niego psa albo krowy.
W niedługim czasie umieszczono go w wielkiej sali. Widział tam wspaniałe obrazy i rzeźby. Był koń skaczący przez przeszkodę, pies gotujący się do skoku, ale on był kimś najważniejszym, kochającym, dobrym księciem.
Liczni ludzie odwiedzali wystawę. Najczęściej byli to zamożni kupcy, bogaci szlachcice i hrabiowie.
Brat Paweł
