Agnieszka Rakowska - Brazylia “Sprawozdanie z lotu i pobytu w Brazyli”
posted in * LISTY MISJONARZY |List pierwszy 06.X.2006
Witajcie kochani.
Jak to cudownie móc pisać do Was po polsku kiedy tu wszyscy mowią jakimś niezrozumiałym językiem:)
Droga do celu nie była uslana różami. Na początek nie skorzystałyśmy z darmowego drinka i leciałam (czyli aga) z wielkim pietrem (bo jolka to doświadczony latnik). Ale poważnie – lot był super. Nie wiem czego się bałam. Strach zajrzał nam w oczy na lotnisku we Frankfurcie, kiedy w ciągu godziny miałyśmy odebrać bagaż, i zrobić odprawe naszego skrabu cennego wiezionego w walizkach, no i siebie-najwiekszych skarbów. Stoimy w kolejce kilometrowej, czas nas goni, kolejka jak ślimak nocą mknie do przodu. Jest 9:50 czasu europejskiego. Samolot odlatuje o 10:15 a my stoimy nadal w kolejce i nikt nie chce przeswitlić naszych bagaży. W pewnym momencie dzięki pomocy nieba – w tym naszego Ojca, oraz Aniołów, pan z obsługi krzyknął – Salvador, Salvador. Kamień spadł nam z serca, walizki poza kolejką wiechały na prześwietlenie, potem pani po hiszpańsku powiedziała, że już nie zdaży przyjąć ostatniej walizki i biegiem, jakby uciekając przed strasznym drapieżnym lwem pognałyśmy do wejścia B 43, na drugim końcu lotniska. Pan wypatrzył nas z daleka. Machał do nas rękoma i oczywiście uciszył się bo brakowalo tylko nas. Była 10:13. Wsiadłyśmy do olbrzymiego samolotu (jak do noclegowni). Start był nieporównywalny z malutkim samolocikiem z Polski. Jaka to była prędkość… Lot trwal ponad 10 godzin. Cała podróż łącznie z przygodami na lotnisku 14 godzin. W samolocie do Salvadoru same atrakcje – kilka razy podchodzili z napojami, dwa posiłki, kilka filmów – niestety nie dali nam słuchawek, i tylko domyślałyśmy się co mogą mowić, na szczęście jeden z filmów to komedia a żarty te bez słów, każdy rozumie. Poza tym modliłyśmy się jak na misjonarki przystało. Trochę nawet pospałyśmy. Po jakims czasie mila pani z obsługi podała nam formularze w dziwnym języku, czyli po brazylijsku (ale i angielsku), z czego rozumiałyśmy tylko niektóre słowa. Udało się nam nawiązać kontakt z Brazylijczykiem pasażerem tego lotu, i dzieki niemu formularze wypelnione doskonale pomogły nam już na ziemi brazylijskiej bezpiecznie opuścić lotnisko.
W końcu ujrzałyśmy uśmiechnięte twarze proboszczów x. Ryszarda z Salvadoru i x. Romka z Ourolandii. Przyjechaliśmy na parafie św. Jana Chrzciciela. Wzięłyśmy zimny prysznic odświeżający i w te pędy pojechaliśmy na odpust czytaj wielka fiesta, św. Franciszka. Była procesja ulicami, z figurkami św. Franciszka i Matki Bożej z Aparecidy; z chorągiewkami, z orkiestrą, z imitacją kwiatów (tu obecnie wiosna i ich nie wiele, dlatego ludzie przygotowali pocięte kartki papieru), ze śpiewiem i modlitwą oraz towarzystwem gapiow w oknach dotarliśmy z powrotem do kościoła, na msze której przewodniczył biskup. Msza jak to jest w zwyczaju ludow ameryki południowej rozpoczęła się z opóźnieniem, ale to tu nikomu nie przeszkadza. No poza nami, które miałyśmy za soba zaledwie 2 godziny snu poprzedniej nocy tuz przed odlotem i po calym dniu wrażeń. Nie wiem jak wyglądałyśmy? Ale chyba nie tryskałyśmy entuzjazmem. Kiedy już niemal nogi odmówiły nam posłuszeństwa wyszlysmy na schody przed kościołem żeby usiąść. Biskup? Takiego na pewno nie spotkacie w Polsce. Na kolacji po mszy dał się poznać jako zwyczajny człowiek. Na stole nie było złotej zastawy tylko plastikowe kubki, żadnej pani z obsługi, wziął sam sobie co chciał. Nas zachęcał żeby wszystkiego spróbować. Uprzedzone przez x. Romka nie dałyśmy się wciągnąć w kanał – nie przeżyłybyśmy nocy bo niektóre potrawy są cieżko strawne. Nie mogę się oprzeć i muszę to napisać, co niektóre „pachniały” jak pasza dla świn. Ale podobno i do tego czlowiek się może przyzwyczaic, o reszcie wole jeszcze nie pisac. Oj będziecie musiały dużo nad nami popracować żebyśmy były normalne w Polsce:)
Po kolacji która trwala wieki, bo biskup doskonale się bawil rozmową z ludźmi, w końcu ledwie żywe wróciłyśmy nad ranem do domu (oczywiście polskiego czasu bo o 4). Padłyśmy jak kaczki. Pierwsza noc jest uprzywilejowana i można spac do oporu:) Troche przeszkadzały psy a nad ranem także dzieci ze szkoły. Muszę też tu wspomnieć, że jest ciepło i jeszcze raz ciepło.
Pozdrawiamy bardzo i polecamy się modlitwie. Te pierwsze chwile są i piękne ale i trudne. c.d.n
List drugi
Salvador, 11 pazdziernika 2006
Pozdrawiamy na początek bardzo gorąco. Mamy chwile wolną bo dopiero o 15 rozpoczynamy zajęcia z języka. W pozostałe dni walczymy od rana, czyli 9. Tylko trzy godziny ale jestesmy wypompowane. Koniecznie musimy tu wspomnieć, że ruszyłyśmy od razu bardzo ostro. Już w tamtym tygodniu w piątek była pierwsza lekcja a od poniedzialku walczymy z nasza obecną zmorą jak tylko się da. To nie jedyny koszmar tego miejsca. Jest upal, mnóstwo przedziwnych – wielkich i małych robaków; w tym wielkosci przechodzacej wasze wyobrażenie karaluchy – fuj, wielkie na 5 cm, jak się je rozwali są wieksze. Jak Jolka przelamie strach i obrzydzenie to kolejnym razem poślemy zdjęcie tego paskudztwa. Poza tym mega mrówki, mrówki i mróweczki – zapraszamy do nas wszystkich którzy kochają zwięrzeta:) Ale to nie wszystko. Najtrudniej nam się przyzwyczaić do komarów. Są małe i upierdliwe. Naznaczone jesteśmy, zwlaszcza na nogach i rekach, niemal na każdym centymetrze, a nawet milimetrze. Bogu dzięki, że te nie mają malarii. Mogą być jednak nosicielkami dengi. Ksieża życza nam tego jak najwczesniej:) bo linia wtedy będzie odpowiednia. Poza tym są piekne ptaki, rośliny, a także inne chodzace stwory jak choćby niedawno przez nas zauważone jaszczurki.
Każdy dzień nas zaskakuje, pewnie z czasem się przyzwyczaimy ale na razie to sprawia nam wiele radosci. Może najpierw o Eucharystii. Jeśli ktoś z was lubi czuć się swobodnie to tu znajdzie to niemal w każdym momencie. To co nas zadziwilo to oklaski po przeczytanej Ewangelii, także przy depozycji Najswietszego Sakramentu. Od ksieży wiemy, że przy pochowku zmarlych, kiedy zwłoki są umieszczone w grobie, wszyscy klaszczą. Pieśni oczywiście z pokazywaniem (uwaga – proszę się nie dziwić jak po dwóch latach zobaczycie nas rozradowne i tanczace w kaplicy podczas Mszy:)). Oczwiście jak kazanie ich nie interesuje to lażą, prowadzą luźne rozmowy nie związane z wiarą. I bardzo lubią procesje z figurami świętych ulicami parafii. Do tej pory zaliczyłysmy już 2, a jestesmy tu niespelna tydzień. Jutro czeka nas wielka fiesta, bo jest uroczystosc Matki Bożej z Aparecida (narodowe sanktuarium).
Właśnie dostałysmy moskitiery, wiec pewnie noce będą spokojniejsze i mniej krwiste.
Do tej pory zwiedziłyśmy kilka supermarketów:). Ale były też ciekawsze miejsca, jak choćby stary targ niewolnikami. Jednego dnia bylyśmy u sióstr „szensztadzkich” (proszę sobie samemu sprawdzić poprawność pisowni). Akurat wtedy była czterdziesta rocznica ślubu jednego małżeństwa i załapałyśmy się na ciasto. Gdzie się nie pojawimy każdy coś do nas mówi. I albo rozumiemy albo nie, trudniej jest z mówieniem w „ichnim języku”. Jest kilka pozytywów tego, że jestesmy w Brazylii. Język znacznie różni się od naszej wersji europejskiej. I nie ma gdzie uciec. Trzeba z nimi gadać. Inny plus to to, że możemy też mówic w naszym ojczystym języku przez co sobie też pomagamy. Minus – brak kontaktu z potrugalskim przez 4 miesiące od czasu skończenia kursu w Warszawie.
Jak już będziemy znały lepiej Salvador, język i zdobędziemy się na odwagę, to ruszymy do sióstr, które mają basen. Ale to są inne od tych wspomnianych wyżej. U nich też miałyśmy początkowo mieszkać. Ze względu na zbyt dużą odległość od parafii mieszkamy tuż przy kościele u innych sióstr, na favelii (dzielinicy najuboższych).
Okazuje się, że jedzenie potrafi być jednak smaczne. Jemy bardzo dobrze. Przy okazji kolacji z biskupem były podane tradycyjne potrawy brazylijskie – przeważał groch, fasola, kukurydza i kurczak w różnych postaciach. Odstraszyły nas wtedy zapachy bo mają specyficzne przyprawy. Teraz jednak jadamy w stylu europejskim.
W niedziele mogłysmy wykazać się w kuchni. Nie obyło się bez przygód. Ale to za chwile. Miałyśmy suszone grzyby więc pojawiła się na stole kapusta z grzybami. Reszta to powtórka z tygodnia, tego co było w lodowce. Moglismy skosztowac tzw. Tortu z kurczaka. Co do przygody. Otóż chciałysmy zrobić sok ze świeżych owoców (dlatego że tu codzienne do obiadu pijemy naturalne soki). Ja-czyli aga, przeżyłam na wlasnej skórze to co kilka razy widziałam na filmach, jak sok zamiast w mikserze, znalazł się na mnie i wszytkim obok. Wspaniale przeżycie polecam wszystkim.
Prosimy pamietajcię o nas w modlitwie. Jestesmy blisko was każdą myslą.
Skoro o modliwie to w miare możliwości modlimy się także z naszymi ksieżmi.
