Hakuna Matata

Zima w Zimbabwe

4th styczeń 2008

Zima w Zimbabwe

posted in * CO WARTO WIEDZIEĆ |

Bardzo serdecznie pozdrawiam z Zimbabwe.
Tutaj zaczynają się powoli chłodne miesiące, bo zbliża się zima.
No tak, ale jaka to zima w Afryce? A jednak! Pierwsza afrykańską zimę przeżyłem rok temu, jeszcze w Harare. Oczywiście, temperatury nie są tak niskie jak w Polsce, ale czasami zimno odczuwa się bardzo dotkliwie, a to dlatego, ze w dzień termometr pokazuje 25 stopni, nocą zaś temperatura potrafi spaść poniżej zera. Najzimniejsze miesiące to czerwiec i lipiec. Nawet te 25 stopni za dnia to wcale nie za dużo jak na Zimbabwe. Bardzo często zimowa pora wieje bardzo zimny wiatr, który nie pozwala na rozgrzanie nikogo i niczego.

Jeżeli śnieg spadnie w górach Południowej Afryki, to już nawet za dnia nie będzie 25 stopni. Wszyscy mi mówią: “Ty jesteś z zimnego kraju, dla ciebie to nic nowego” i nie rozumieją, dlaczego nosze takie same grube swetry jak ani. Tylko czapki i rękawic jeszcze nie założyłem. Jestem nieco rozczarowany klimatem w tej części Afryki.

Tutaj nie ma ogrzewania.
Trzeba tez pamiętać, ze tutaj nie ma ogrzewania w pomieszczeniach, wiec sami rozumiecie… W wioskach pali się ogniska wewnątrz domów. Afrykańska chata to okrągły budynek, przykryty dachem zrobionym z trawy, bez okien, tylko drzwi wejściowe i mały prześwit miedzy zadaszeniem i ściana. Palące się na środku ognisko jest źródłem światła i ciepła. Oczywiście wewnątrz jest dużo dymu, wiec po paru minutach jesteśmy zapłakani i musimy wychodzić na zewnątrz.

Afrykańczykom zaś dym nie przeszkadza. Mebli nie ma; są tylko polki w ścianach, uformowane podczas budowy chaty. Czasami stoi jakieś łóżko, ale częściej do spania rozkłada się maty na ziemi. Podłoga jest betonowa. Chaty buduje się po dwie-trzy w jednym ogrodzeniu - rodzina mieszka razem. Obecnie można też spotkać kwadratowe domy z okienkami, jednak większość chat buduje się tradycyjnie. Wokół biegają chude psy, jakieś kury i wszechobecne kozy. Podwórka wysypane są piaskiem, zawsze czyste, zagrabione i bardzo schludne.

Mogłem przyjrzeć się z bliska życiu w buszu, ponieważ nasz program nauki języka obejmuje również mieszkanie w wiosce. Ja jeszcze tego nie doświadczyłem, ale o. Maciej Malicki SVD, z którym przyleciałem do Zimbabwe, ostatnie dwa tygodnie spędził w buszu, mieszkając z ludźmi. Kiedy go odwiedziłem, miałem okazje zobaczyć, jak wygląda życie przeciętnego mieszkańca Zimbabwe. Szczerze mówiąc, takich rzeczy nie oglądałem nawet na filmie - trudno uwierzyć, że ludzie mogą tak żyć.

Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do o. Malickiego, pierwsze wypowiedziane zdanie brzmiało: “Jak ja bym cos zjadł”. Podstawowym pożywieniem jest tzw. sadza, czyli mąka kukurydziana ugotowana z woda i olejem, no i wołowina. Mięso, nawet jeśli jest, bardzo trudno ugotować na ognisku, a niedogotowana “krowę” bardzo trudno pogryźć. I choć rodzina, u której mieszkał o. Maciej, starała się bardzo, to zjedzenie niedogotowanego mięsa było fizyczna niemożliwością. A jada się raz dziennie. Odwiedzałem mojego współbrata dość często, żeby go dokarmić i podnieść na duchu. Przebrnął przez to doświadczenie zwycięsko.

Język klikania i mlaskania.
Rozpisałem się o afrykańskiej wiosce, a nie wspomniałem, dlaczego tu jestem. Otóż po trzymiesięcznym pobycie w Bulawayo, gdzie pracowałem w parafii w ramach praktyki języka angielskiego, przeniosłem się do Plumtree - małego miasteczka położonego 100 km od Bulawayo i 10 km od granicy z Botswana. Liczy ono ok. 8 tys. mieszkańców. Są tu dwie szkoły podstawowe i średnie, kilka piekarni i sklepów, młyn, szpital - i to wszystko. W centrum stoją małe domki - to miasto, a kilka kilometrów dalej zaczynają się już wioski bez prądu i wody.

Przyjechałem tu na początku maja i wytrwale uczę się języka ndebele. Jak zapewne niektórzy z was wiedza, w Zimbabwe ludzie posługują się dwoma językami: na północy używa się języka shona - 80% populacji, a na południu ndebele - 20%. Werbiści pracują jak na razie z ludnością Ndebele – potomkami Zulusów, którzy przywędrowali tu z RPA. Ndebele to ciekawy język, w którym występują tzw. kliki, czyli cmoknięcia, mlaski itp. dźwięki.

Początkowo nie jest prosto opanować wymowę. Kiedy siedzę z nauczycielami i próbuję, sprawiam im wiele radości. Oni słyszą różnice, dla mnie wszystko brzmi podobnie. Prawdę mówiąc są tylko trzy kliki - tego się już nauczyłem: raz język kładzie się na zębach, raz na podniebieniu, a raz tak, żeby dotykał od wewnątrz do policzka.
Poza normalna praca duszpasterska, obejmującą kościół w stacji głównej i ok. 30 stacjach dojazdowych, funkcjonuje tu również wydawnictwo “Ilizwi”, w którym się drukuje wszystko w języku ndebele. Powstaje tez Centrum Biblijne, a w planach jest jeszcze kilka innych projektów, ale o tym kiedy indziej napisze.

Tak się składa, ze jest nas w Plumtree trzech Polaków - werbistów: o. Krystian Traczyk i o. Rafal Sojka - obaj z Katowic, no i ja. Przy takiej liczbie stacji dojazdowych w tak skromnej obsadzie niemożliwa jest praca bez zaangażowania świeckich. To ani prowadza modlitwy, pogrzeby, nabożeństwa i czuwają nad duchowa formacja ludzi w wioskach. Do Plumtree przyjeżdżają co kilka tygodni na kursy biblijne i uczą się, jak prowadzić małe wspólnoty. Raz w miesiącu w każdej stacji dojazdowej jest Msza św.

80 kilometrów do sklepu.
Poza tym, ponieważ sytuacja w Zimbabwe jest bardzo trudna - brakuje podstawowego pożywienia, czyli sadzy - misja zaopatruje wioski w ziarno bądź mąkę kukurydziana. To konieczność w Zimbabwe, gdyż ludzie głodują. Przed sklepami stoją ogromne kolejki czekających na meal-meal, tj. mąkę kukurydziana. Trzeba pamiętać, ze niektórzy maja do sklepu 80 km. Rozwozimy wiec żywność, której zdobycie i dla nas niejednokrotnie jest bardzo trudne. Najczęściej odbieramy ja prosto z młyna. Ludzie nie protestują, bo wiedza, ze to nie dla nas - my tego nie jemy. Można kupić inne produkty, ale jeśli nie ma meal-meal, to jest podobnie jakby nam zabrano chleb. Poza tym wszystko inne jest za drogie.

Dzieciom rozdaje się napoje z witaminami. Są one w gorszej sytuacji, gdyż najpierw jedzą dorośli, a dopiero później dzieci. O. Krystian wymyślił sposób na dożywianie dzieci - sprowadza napoje z witaminami, których dorośli nie pija, wiec nie zabiorą dziecku. Napoje rozdaje się w szkołach.

Może obraz, jaki się wylania z tego opisu, nie jest zbyt pochlebny dla dorosłych mieszkańców Zimbabwe, ale taka jest tu tradycja i kultura, uformowana przez wieki. Żeby nie pozostawić złego wrażenia, chce podkreślić, ze generalnie ludzie w Zimbabwe są bardzo przyjacielsko nastawieni do obcych i siebie nawzajem. Choć zawsze tak twierdziłem, tu w Plumtree doświadczam tej życzliwości jeszcze bardziej niż w Bulawayo czy Harare.

o. Marek Głodek, SVD Ndolwane-Zimbabwe

Leave a Reply